7 października 2026

Pomiędzy górami a Adriatykiem odnalazłam siebie

Jadąc przez chorwackie góry, słuchając Severiny "da si moj" i patrząc przez szybę na kolejne zakręty, pomyślałam, że są takie chwile, kiedy człowiek po prostu wie.

Wie, że znalazł się dokładnie tam, gdzie powinien. I chyba właśnie wtedy zrozumiałam, że ten wyjazd nie był ucieczką. Był powrotem.

Ostatnie miesiące były dla mnie naprawdę trudne. Jeszcze nigdy nie czułam się tak bardzo wyniszczona psychicznie. Zadziwia mnie do dziś, jak ogromny wpływ może mieć na człowieka druga osoba. Jak można stopniowo tracić spokój, energię, radość, a nawet samą siebie, pozostając jednocześnie na zewnątrz tą samą osobą.

Przez długi czas po prostu funkcjonowałam. Wstawałam rano. Robiłam to, co musiałam. Rozmawiałam z ludźmi. Uśmiechałam się. Ale w środku byłam coraz bardziej zmęczona. Nie chcę tutaj opowiadać całej tej historii. Nie dlatego, że nie chcę o niej mówić. Wręcz przeciwnie.Niektóre historie potrzebują czasu, zanim zostaną opowiedziane.

Pewnego dnia opowiem dokładnie, co wydarzyło się w tych miesiącach — bez przemilczeń i bez upiększania. Ale ta historia znajdzie swoje miejsce.

Tutaj chcę opowiedzieć o czymś innym. O tym, co wydarzyło się później. O powrocie do samej siebie.

Kiedy w końcu znalazłam się w Chorwacji, poczułam coś, czego bardzo długo mi brakowało — spokój. Nie taki idealny, filmowy spokój, w którym nagle wszystkie problemy znikają. Po prostu pierwszy od dawna moment, w którym mogłam odetchnąć.

W Polsce byłam psychicznie wykończona. Funkcjonowałam, ale byłam rozdrażniona, przytłoczona i ciągle czymś zmęczona. Miałam wrażenie, że gdzieś po drodze zgubiłam samą siebie.

A tutaj zaczęłam siebie odnajdywać. Zaczęłam znowu słyszeć własne myśli. Zaczęłam znowu marzyć. Zaczęłam znowu cieszyć się drobiazgami. I nagle wróciła ta dziewczyna, którą pamiętałam sprzed tych wszystkich trudnych miesięcy.

Ta trochę szalona. Spontaniczna. Ciekawa świata. Ta, która potrafi zatrzymać samochód tylko dlatego, że widok za oknem jest piękny. Która słucha chorwackiej muzyki zdecydowanie za głośno. Która potrafi zachwycić się morzem, górami, małą uliczką czy zwykłym zachodem słońca. Dawno jej nie widziałam. A teraz znowu jest. I razem z nią wróciły moje marzenia.

Zaczęłam dokładnie wiedzieć, czego chcę. W jakim kierunku chcę iść. Co chcę robić. Jeden z moich projektów już zaczęłam realizować.

Ale…

Ciii. 🤫

Na razie nic więcej nie zdradzę. Ten wyjazd uświadomił mi coś bardzo ważnego. Nie zawsze trzeba naprawiać wszystko wokół siebie.

Czasami trzeba najpierw uratować własny spokój. Czasami trzeba odejść od tego, co nas niszczy. Czasami trzeba się zatrzymać. A czasami trzeba przejechać setki kilometrów, żeby wreszcie usłyszeć własne myśli. I chyba właśnie tego potrzebowałam. Nie nowego życia.... Tylko przypomnienia sobie, że moje życie nadal należy do mnie.

Dzisiaj, kiedy patrzę na chorwackie góry i Adriatyk, nie chcę już rozpamiętywać tego, co było. Chcę myśleć o tym, co będzie. 

O miejscach, które jeszcze zobaczę. O językach, których chcę się nauczyć. O rzeczach, które chcę stworzyć. O marzeniach, które przez ostatnie miesiące odłożyłam gdzieś na bok. I o tej dziewczynie, którą na chwilę zgubiłam.

Dobrze, że ją znowu znalazłam. Bo może właśnie na tym polega prawdziwy powrót. Nie na powrocie do konkretnego miejsca. Tylko na powrocie do siebie.

A ja właśnie wróciłam. 🇭🇷❤️


Brak komentarzy: